Kategorie: Wszystkie | Koty | bez kategorii | podróże
RSS
niedziela, 13 lutego 2011
Zła poezja, czyli jak zostałem fanem grafomanii.

Internet to skumulowane zło, nie muszę nikogo specjalnie przekonywać do tego, by podzielał ze mną tę opinię. Jest w nim wszystko, a jeśli czegoś jeszcze nie ma, to użytkownicy dodają, w tempie znacznie przewyższającym tempo mnożenia się drożdży w roztworze cukru. Zatem, jeśli chcemy upoić się kontentem produkowanym przez drożdże web 2.0, to możliwości są nieomal nieograniczone.

Na blog de bart zaatakował mnie dziś link do twórczości lirycznej pani Ewy Iwan - Chuchla http://www.iwan-chuchla.pl/ i pokonał mnie całkowicie. To kopalnia cytatów, żródło inspiracji, a także wspaniały sposób na rozjaśnienie ponurej zimowej aury. Wiersze tak złe, że aż piękne.

Ale wywołało to wilka z lasu. Przyszła do mnie jak wspomnienie Wieku Żelaznego refleksja, dlaczego do cholery takie rzeczy czytam, i dlaczego sprawia mi to taką perwersyjną przyjemność.

Musimy cofnąć się do czasów licealnych. Był taki koleżka znany pod ksywką Ptaku. Litościwie okryjmy jego prawdziwą tożsamość rąbkiem tajemnicy. Ptaku był postacią ciekawą, dziś powiedzielibyśmy iż harmonijnie łączył hipsteryzm z emo, na dodatek autentycznie był inwalidą, co nokautowało z góry jakiekolwiek próby krytyki.

Ptaku pisał wiersze. Te wiersze były bardzo, bardzo złe. Do tego stopnia, że gdy pierwszy raz, w męskiej toalecie szkolnej podetknięto mi je pod nos, przeczytałem i jęknąłem: "co to, tekst jakiejś kapeli heavy metalowej?". Dopiero później zorientowałem się, że wetknął mi je autor, litościwy Cthulhu nie dał mu dosłyszeć mojej opinii.

Ale hak chwycił. Zauroczyły mnie frazy w rodzaju:

"i nawet przez sen/kobietę głaskam" lub "o, smuteńkuje dusza ma". Resztę pamięć miłosiernie wymazała, ale całość była tego rodzaju.

Kolega Scypion, niezłomny Scypion przeczytał kiedyś te utwory na wieczorku poetyckim w WDK. To był jedyny człowiek, który mógł tego dokonać. Nikt inny nie śmiałby się do rozpuku, mając czytać te wersy. Kolega Scypion był/jest człowiekiem pozbawionym nerwów, więc potrafił. Co najciekawsze, pełna sala znajomych i krewnych królika nie szemrała podczas, słowa wspomagane akompaniamentem kolegi Tomka na fagocie komentowano dopiero po zakończeniu wiekopomnego spektaklu.

Ale to było tak złe, złe, złe, że aż piękne.

Gdziekolwiek zatem natrafiam na pokłady Złej Poezji, wczytuję się w nie i porównuję. "Prawie, prawie". "Nawet lepiej". "O, jakie to jest złe, doprawdy".

Albowiem w czasach opisanych na początku notki, sam pisałem wiersze. I miałem ochotę je komuś pokazać. Nie pokazałem i chyba dobrze się stało.  Bo nie były dobre, któż ach któż nie jest poetą mając lat 18?

Wdrukowała mi się instrukcja: piszesz serio = nie publikuj. Słaby tekst ratuje tylko oko puszczone do czytelnika - ja żartuję, to tylko parodia, pastisz, żart. I dlatego raczej nigdy nie napiszę niczego, co nie posiadałoby mrugnięcia okiem: nie traktuj tego poważnie, to żart. To tylko żart. Ludzie, którzy publikują są śmieszni. Ten tekst jest śmieszny i nie powinno się traktować go poważnie.

 

 

sobota, 04 grudnia 2010
Wykluczenie cyfrowe, czyli czeski błąd

Przez miesiąc byłem odcięty od internetu. No, niezupełnie, miałem do niego dostęp w pracy.

Ale dostęp w pracy to właściwie nie dostęp, to lurkowanie. Komputer pracowy to może jeszcze nie zabytek, ale z całą pewnością egzemplarz niedoinwestowany. Pamięci ma akurat tyle, by dało się odpalić blipa, pocztę, OpenOffice (jakieś 3 - 4 pliki naraz) i to właściwie wszystko. Roboty było zawsze dużo a jest coraz więcej, nadto lurkowaniu po stronach nie związanych z działalnością zawodową budzą wśród co-workerów nieżyczliwe zainteresowanie. No, dobrze, ja też podglądam, co oni kupują na Allegro;)

Wszystko przez czeski błąd. Jak wiadomo, czeski błąd polega na przestawieniu liter w wyrazie, prowadzącym do jego fałszywego zrozumienia. W tym wypadku chodziło o źle zapisany numer telefonu.  Operator (kablówka) dzwonił sobie w kosmos, i dziwił się że nie odbieram telefonu i nie sposób ze mną umówić się na instalację. Tak jakby nie mieli w bazie danych innych numerów do mnie? Podawałem wszystkie możliwe, prywatny, służbowy (o, ten właśnie akwizytor zapisał z błędem), stacjonarny domowy, stacjonarny służbowy. Ktoś tego widocznie nie agreguje. Mniejsza o to, internet nareszcie jest i działa. Podobno na pół osiągalnego gwizdka, bo instalator coś popieprzył, ale i tak jestem zadowolony. Jak dotąd, jakość połączenia przewyższa wszystko, co oferowała mi najpierw Neostrada a następnie Orange FreeDom, ale może lepiej nie przechwalać. Pożyjemy, zobaczymy.

Jak się żyje człowiekowi uzależnionemu od internetu bez internetu? Właściwie to wcale się nie żyje. Jest przeraźliwie nudno. Brakuje wszystkiego i nagle okazuje się, że nic się nie da zrobić. Równie dobrze mógłbym być pozbawiony prądu i czytać starożytne inkunabuły przy świecach.

Początki nie były złe. Nastawiłem się  na to, że przez kilka dni netu nie będzie, no cóż, wakacje jakby. Przypomniałem sobie, że mam trochę gier, w które nie grałem od wielu miesięcy, bo w porównaniu z uczestnictwem w internecie, gry strategiczne solo są nudne. Ale przez jakiś czas dawały radę. Mniej więcej przez dwa tygodnie.

Po dwóch tygodniach cierpliwość jakby wysiadła. Zadzwoniłem z ponagleniem. Skąd miałem wiedzieć, że p. handlowiec dysponuje źle zapisanym numerem telefonu, i nie sprawdza, kto i skąd dzwoni? Niemniej, cierpiałem dalej.

Trzeci tydzień przyniósł już porządny wkurw. Zacząłem wertować umowę. Była tam wzmianka o maksymalnym terminie realizacji w ciągu 30 dni, istniała wątpliwość czy nie chodzi o dni robocze. NOT.  Kolejne telefony pełne pretensji nie przyniosły efektu (nic dziwnego, frajerzy oddzwaniali w kosmos a nie na numer przychodzący).

Wczoraj upłynął termin wykonania usługi. Telefon wykonała Lidka. Albo ona ma coś szczególnego w głosie, albo użyła przedyskutowanych i ustalonych argumentów (najpewniej) albo ja się na tym nie znam, ale nastąpiła błyskawiczna reakcja. Modemowiec przybył w podskokach. Zainstalował, pokręcił głową że facet od kabli pokręcił, połączył i voila! Mam sieć domową. Z dwoma pudełkami mrugającymi diodami. Och, jak mi dobrze.

Jak się czuje człowiek, który bez internetu nie wie, co się dzieje w jego mieście? Fatalnie.

Brak dostępu do konta bankowego.

Brak dostępu do gazet online.

Brak dostępu do serwisów społecznościowych systemu blip lub choćby facebook

Brak możliwości znalezienia jakiejkolwiek informacji typu rozkład jazdy pociągów, czy najbliższy okulista.

Last but not least: brak dostępu do własnej farmy na FB, ileż to zasiewów zmarnowałem!

Normalnie, jakby amputowali ci ręce. Nic nie można zrobić, oprócz napicia się piwa i pójścia spać.

Zawodowo jest to jeszcze bardziej zagadkowe. Pracuję w firmie transportowo - logistycznej od dwóch i pół roku, i wciąż zastanawiam się nad tym, jak takie firmy mogły działać  bez internetu, opierając się tylko na takich wynalazkach jak poczta, telefon czy teleks.  Nie mam pojęcia i wydaje mi się to niemożliwe. A jednak działali.  Świat działał kiedyś powoli? Pewnie tak.

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 25 października 2010
Dzień, w którym sąsiedzi odetchnęli.

Sprowokował mnie ^wo : http://blip.pl/s/194010507 ale historyjka warta tego, bym przypomniał ją sobie a czytelnikom przysporzył uciechy.

Otóż, jest to historia o tym, jak mści się na człowieku konformizm w kwestiach religijnych.

Znajomi postanowili zaprosić moją żonę (matkę chrzestną przecież) oraz mnie na Pierwszą Komunię swego syna. Zwyczajna rzecz w Polsce, wszyscy jesteśmy uwikłani w takie sprawy z pogranicza religii i konwenansów towarzyskich. Zamknęło się drzwi i pojechało 200 kilometrów, wynudziło się odpowiednio, wróciło na własne śmieci i się zaczęło.

Zaczęło się od szurania za drzwiami. Mieszkaliśmy wtedy na trzecim piętrze, więc trochę tego było, ale niczego jeszcze nie podejrzewałem. A sąsiedzi byli już zaciekawieni. Doszliśmy do własnych drzwi, już zacząłem otwierać, gdy w oczy rzuciło mi się, że wycieraczka jest mokra. "Naszczał tu jakiś skurwysyn, czy co?!" huknąłem tonem zupełnie nie pasującym, jak się okazało, do sytuacji, ale tłumaczy mnie to, że współmieszkaliśmy wtedy także z imigrantami z Kurpiów (Kurpi?), których obyczaje były, hm, kontrowersyjne niekiedy. Wkroczyłem do mieszkania. I okazało się, że nie rozumiem tego, co widzę.

Zobaczyłem surrealistycznie pofalowany dywan, otulający spuchnięty i wijący się jak wonsz boa parkiet, pomiędzy tym wszystkim kilka książek w stanie zaawansowanego, jak się wydawało, rozkładu (udało się je uratować). Doprawdy, trzeba było kilku minut, bym zrozumiał, co właściwie się tutaj wydarzyło.

Właściwie, nawet nie musiałem. Sąsiadka z naprzeciwka z hukiem wypadła na klatkę schodową z hasłem: "Mój Boże, już myśleliśmy, że państwo nie żyją!". Ogromnie żałuję, że nikt nie zrobił mi wtedy zdjęcia. Na pewno mogłoby zilustrować hasło w Wikipedii "stupor".

Pomału zrekonstruowaliśmy wydarzenia z nocy naszej nieobecności. Około drugiej w nocy wystrzelił giętki przewód, dostarczający ciepłą wodę do kranu w łazience. Zmęczenie materiału (i tu apeluję - wymieniajcie, ludzie, te akurat węże co pięć lat. One mają mniej więcej taki okres gwarancyjny, a koszt nie jest jakiś tam kosmiczny, kilkanaście złotych). Wrzątek lał się jakieś dwie godziny, zanim cierpiącej na bezsenność sąsiadce zaczął dodatkowo przeszkadzać odgłos wody, ściekającej po schodach. Do tej pory gorąca woda zdołała zniszczyć wszystko położone poniżej progu. Sąsiadka zaalarmowała sąsiada, samozwańczego eksperta od hydrauliki, który zdołał odnaleźć w piwnicy właściwy zawór i powstrzymać wypływ. Chwała temu panu zresztą.

Powoli czas na morały.

Morał prostacki jest taki, że gdyby nie KRK i Pierwsza Komunia, zostałbym w domu, zareagowałbym, nie byłoby dramy. Ale to tylko pierwsza warstwa.

Morał zaawansowany jest taki, że absolutnie nie doceniałem nigdy wcześniej skali ludzkiej empatii. Sąsiadka była autentycznie szczęśliwa, widząc mnie żywym. Skądinąd, jej wizja wspólnego z małżonką utopienia się w wannie  była jakby nieco z kiepskiej pornografii wzięta.

Morał na poziomie mastah zen jest taki, że nigdy, przenigdy nie należy pozostawiać książek na podłodze. A szczególnie przed przewidywanym wyjazdem. Potem może być mnóstwo pracy u podstaw. No i wymieniać wężyki.

EDYTA: proszę mi nie współczuć, za późno. Rzecz wydarzyła się pięć lat temu. Jakoś odreagowałem.

 

 

sobota, 23 października 2010
Koty

Ponieważ na razie nie ma o czym pisać, bo mam do czynienia na ogół z tzw. szarą rzeczywistością a o polityce wszystko już napisano, popełnię niniejszym notkę o kotach.

Koty, jak wiadomo, są inne. Kiedyś, w dawnych czasach nie rozumiałem po co są koty. Trzeba było usilnych namawiań abym przyjął do domu kota pierworodnego. Kot pierworodny zjechał znajomym wraz z węglem do piwnicy, brakowało mu jednego oka i był w ogóle mało efektowny. Dość chudy, brudny i nieładnie pachnący zwierzak. Ale szło ku lepszemu.

Już po dwóch dniach namawiania, aby wziąść kota pod dach, zgodziłem się - warunkowo - na to, by wziąść futrzaka "na próbę". W razie nieprzystosowania, kot miał być zwrócony. Kot nie potraktował sprawy zbyt serio. Pierwszą jego akcją było zrobienie wielkiej i śmierdzącej kupy na moje kolana. W samochodzie. Doprawdy, sam nie wiem, dlaczego nie powiedziałem wtedy "no, nie, chwilkę! To nie jest coś, co lubiłbym!".

Jakoś zniosłem kupę, chociaż nie było to łatwe. Kot obejrzał olsztyńskie mieszkanie, powęszył i wpakował mi się na kolana ponownie. Ale tym razem nie zrobił kupy, tylko się rozmruczał, pougniatał mój brzuch i ułożył na tymże do snu. Zacząłem go jakby lubić, trochę wciąż wbrew sobie.

Na drugi dzień, udałem się do księgarni celem nabycia instrukcji obsługi kota. Oraz kilku kocich zabawek, bo tuż obok księgarni znajdował się sklep zoologiczny. Pan sprzedawca w zoo - sklepie trochę mnie przestraszył, bowiem rekomendował kocie chrupki podjadaniem ich wprost z worka. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że to nie było nic nadzwyczajnego.

Pierwsze futro otrzymało imię Zyzio. Miał nazywać się Pirat (z uwagi na brak oka), ale uznałem to za straszliwy banał. Wolałem imię Zyzio - zaczerpnięte z książki dla dzieci "Cyryl, gdzie jesteś" Woroszylskiego, gdzie występowała postać Ohydnego Zyzia. Bowiem Zyzio początkowo się kwalifikował, niestety.

Zyzio okazał się kotem inteligentnym, aczkolwiek mającym swoje zdanie w wielu kwestiach. Było z nim też wiele zachodu weterynaryjnego, pusty oczodół paskudził się i ostatecznie wymagał interwencji chirurgicznej. Aby bez potrzeby nie usypiać zwierzątka, załatwiliśmy combo: kastrację i czyszczenie/zaszycie oczodołu w jednym zabiegu. Ale, zanim do tego doszło, Zyzio dojrzał. I zaczął oznaczać swoje dobra. Kiedy oznaczył kanapkę stanowiącą moje śniadanie, pojąłem, że to jest ten dzień...

Dziś Zyzio odwiedzał weterynarza. Wrósł mu pazur w opuszkę łapki, został zoperowany i kontrola wykazała, że łapka goi się dobrze. Czeka go dentysta, ale to osobny temat.

Drugi kot pojawił się już na moje życzenie. Zyzio zamęczał nas wpraszaniem się do zabawiania, więc kolega stał się niezbędny, rychło się też znalazł. Znów znajomi. Mały kociak wszedł pod maskę samochodu, o kilkadziesiąt metrów od miejsca w którym obecnie mieszkamy. To Lolek.

Lolek ma na imię tak a nie inaczej, ponieważ wywołał we mnie skojarzenie z kreskówką - Zyzio, czarny na łebku, był takim Bolkiem, opiekującym się jaśniejszym Lolkiem.

Lolek jest kotem chimerycznym. Panicznie boi się obcych, ma delikatny żołądek i rzyga wszystkim, co się dla książęcego brzuszka okaże niewłaściwe, wbija się na moje kolana ilekroć słyszy dźwięki sugerujące zakładanie butów - wie, że wtenczas jestem bezbronny. Mój ojciec nie wierzy w jego istnienie - wiele razy karmił nasze koty podczas gdy wyjeżdżaliśmy, ale Lolka nie widział ani razu. Nic dziwnego, Lolo przeczekiwał zwykle jego wizytę ukryty za pralką.

Duduś. Najmłodszy z kotów domowych, a przy tym największy i najcięższy. 9 kilo kota.

Jego historia zaczyna się w Bydgoszczy. Lidka szła do pracy, i grudniowym porankiem zobaczyła siedzącego przy chodniku, jak jej się początkowo wydało, szczura. To nie był szczur, tylko kot, zabiedzony, zagubiony i nieszczęśliwy. Na oko trzymiesięczny.

Duduś jest obecnie najbardziej miziastym kotem, jakiego znam. I zupełnie pozbawionym agresji - można by chyba go piłować w poprzek, nie miauknie.

No, bardzo lubimy tę naszą kociarnię.

 

 

Tagi: koty
23:03, vauban , Koty
Link Komentarze (1) »
środa, 15 września 2010
O treści wakacji. Podróże międzyplanetarne: Węgry (część 2)

Planeta Węgry jest inna niż planeta Słowacja. Pierwszą różnicę zauważamy zaraz po lądowaniu: o wiele lepsze jest oznakowanie dróg. Znaków jest dużo, ustawione są gęsto, dość precyzjnie pokazują gdzie i dokąd można skręcić. Oczywiście, sporządzone są w obcym języku. Nic to, przywyknąć można do wszystkiego, o ile to coś wydarza się konsekwentnie.

I tak, prędko przyswaja sobie wędrowiec znaczenia takich słów, jak :"kijarat" = wyjazd, "vár" = zamek, "város" = miasto, "nyitvá" = otwarte, "zarva" = zamknięte, i to w zasadzie wystarcza. Są jeszcze dwa ważne dla Polaka słowa: "bor", które wbrew przyzwyczajeniu oznacza wino oraz "sõr", oznaczające piwo. Znając te dwa słowa, żaden Polak na Węgrzech nie zginie. Przynajmniej, nie z pragnienia.

Ale może przez nie wpaść w kłopoty. Tych kłopotów nie nastręczy mu brak wrodzonej odporności,  raczej nadmiar okazji. Są takie miejsca na Węgrzech, od których należałoby rodaków jak najstaranniej odganiać. Niestety, nic z tego, właśnie tam ciągną oni najchętniej, niczym głodne pszczółki do ula.

Takim miejscem jest miasteczko Tokaj. Wizualnie jest jednym z mniej ciekawych miejsc, jakie spodziewalibyście się zobaczyć w uczęszczanej przez turystów okolicy. Tokaj przypomina Krośniewice. Albo Łasin. Jest miasteczkiem jakich są tysiące po całej Europie Środkowej.  Tym, co jest tam istotne, jest jego lokalny produkt: wino.

Czym jest wino tokajskie, można dowiedzieć się na dwa sposoby: bezpośrednio przez degustację lub w sposób wzbogacony teorią przez wizytę w Muzeum Tokaju. Muzeum wypada w konfrontacji skromnie, chociaż jest naprawdę ciekawe: odtwarza siedemnastowieczny dom greckiego kupca winnego osiadłego na Węgrzech.

Na zdjęciu: kościół w centrum Tokaju

Pierwsze wrażenie zniechęca: zaniedbana kamienica, personel wręcza zafoliowane kartki z opisem wystawy po angielsku. Ale wspinając się po skrzypiących schodach na strych, gdzie umieszczona jest najważniejsza część wystawy, zapomina się o drobiazgach. Pokazano tam takie smakowite szczegóły (np. jak tokaj był fałszowany na całym świecie - także w Polsce), że warto.

Kto chce się dowiedzieć, jakie roczniki tokaju są uważane za najlepsze, z których winnic pochodzą, jaki profil glebowy owe winnice posiadają, ten powinien zejść do piwnic. Kiedy wyjdzie, będzie nadal mieć wątpliwości, co kupić - ale raczej z racji nadmiaru możliwości, niż z niewiedzy.

Na zdjęciu: te właśnie piwnice. Z ręki bez lampy, więc trochę nieostre.

Wyjątkowo nawet jak na Węgry, Tokaj i okolice oferują wiele miejsc noclegowych oraz niezliczoną ilość knajp, knajpek, knajpeczek. O ile noclegi poznałem wyłącznie jako średniej jakości camping i nie powinienem się na ten temat wypowiadać, to w kwestii knajpek sprawa jest prosta: trzeba podpatrzeć, gdzie chodzą miejscowi. Często z plastykową butelką pod pachą. W Tokaju jest mnóstwo małych, rodzinnych wyszynków sprzedających wino, naprawdę  cudowne, przewspaniałe wino z własnej winnicy - wprost do kieszeni, by tak rzec. Klient przynosi własne naczynie, ewentualnie kupuje po prostu plastykową butelkę, poprzednio zawierającą np. wodę mineralną. Ceny - powiedzieć, że konkurencyjne to za mało.  Smak - o, Muzo, podaj mi pióro, tfu, nową klawiaturę. Ambrozja. Najlepszy furmint był stanowczo w spelunce bez nazwy, czwartej kategorii (mieli nawet to napisane na kartce, przybitej pinezką do boazerii) prawie naprzeciwko mostu. Nie do opisania, poezja po prostu. Mówią po angielsku;)

Ważny hint: tokaj pije się w Tokaju zawsze zimny, tak około lub poniżej 8 celsjuszy własnych. Na kieliszku musi pojawić się rosa. Dopiero wtedy smakuje tak, jak powinien: wyniesiony przed chwilą z zimnej piwnicy. Bogowie greków z pewnością znali jego smak.

Drugim znanym z wina regionem na Węgrzech jest region Egeru. Does anybody hear about Egri Bikaver? Eger jest diametralnie różny od Tokaju: wina należy szukać.

Powody są dwa: winnice Egeru, który jest dużym miastem, położone są poza nim. Zaś leniwi i senni  winiarze otwierają je dopiero po południu, bo do południa nie ma ruchu w interesie. W śródmieściu można napotkać wiele pułapek na turystów, niemniej, prawdziwe wino egerskie pozostaje na rogatkach.

Eger jako taki składa się z zamku, starówki, bloków oraz podmiejskich winnic. Te ostatnie są takie, jak wszędzie. Blokowiska również. Starówka jest bardzo ładna, zamek zaś jest węgierskim narodowym fetyszem. Symbolem walki z Turkami i nikomu nie przeszkadza, że ten zamek, który dziś widzimy jest akurat dziełem Turków. Podobnie, jak jedyny zachowany w mieście minaret, na który to minaret miałem niemądry pomysł wejść. Bardzo prędko stamtąd schodziłem, starając się za wszelką cenę powstrzymać zawroty głowy. Ale fotkę trzasnąłem, ba, kilka nawet.

Na zdjęciu: Eger. Po prostu, Eger. Z minaretu, nie myślcie sobie.

Cdn.


 

niedziela, 12 września 2010
O treści wakacji. Podróże międzyplanetarne: Słowacja (cz. 1)

Sens wakacji mamy już z grubsza ustalony, zatem czas na relację z przebiegu. Przebieg był bardzo urozmaicony, były momenty dramatyczne, postaram się pokazać co istotniejsze aspekty.

Kiedy byłem dzieckiem, w latach siedemdziesiątych prowadzono mnie do Galerii i Ośrodka Twórczości Dziecka na Nowym Rynku. Jednym z zadań, jakie pamiętam, było narysowanie obrazka "jak wyobrażam sobie XXI wiek" Dzieci malowały latające talerze, rakiety i wieżowce. Żadnemu nie wpadło do głowy, że XXI wiek będzie wyglądał zwyczajnie. Domy jak domy, samochody jakby bardziej opływowe a na Marsa to jeszcze trzeba zaczekać.

To wszystko jest zresztą zupełnie niepotrzebne. Obce planety są tuż za progiem.

Wystarczy pojechać gdzieś poza Bolandę, naprawdę. Największym osiągnięciem cywilizacyjnym jaki znam, i jaki zawdzięczamy krachowi systemu komunistycznego, jest swoboda podróżowania. Pal licho, nadal mamy kłopot z wymianą waluty, ale przynajmniej nie potrzeba paszportów.

Wyruszyliśmy na południe we wtorek, 16 sierpnia, w dniu świętych Borysa i Wawrzyńca. Jako, że świętych czniam, nie sprzyjali zanadto. Szło gładko do Żyrardowa, które to miasto zapamiętam na zawsze z uwagi na żenujący incydent, jaki tam się mi przytrafił.

Tu dygresja: może kierowca ze mnie kiepski, ale sądziłem dotąd że przynajmniej umiem nalać paliwa. Niestety, trwałem w błędzie. I nie pociesza mnie, że może zdarzyć się każdemu...

W komiksie "Tytus, Romek i A'Tomek", w księdze o Bieszczadach, A'Tomek kilka razy komentuje poczynania Tytusa okrzykiem: "Mdleję! Położył całą operację Bieszczady 40..."

Tak właśnie komentowała mój występ małżonka. Najgorsze było to, że właściwie miała rację. O mały włos położyłbym operację "Wakacje 2010". Przez gapiostwo, zaćmienie umysłowe, diabli wiedzą, co.

Otóż na stacji benzynowej w Żyrardowie, zamiast diesla, wpompowałem radośnie do baku Berlingo prawie 30 litrów benzyny bezołowiowej 95. Dziwiąc się podczas pompowania, że jakiś drogi ten diesel, dziwnie pachnie, a pistolet nalewaka wygląda jakoś nietypowo. O tym, że jakimś sposobem pomyliłem dystrybutory, uświadomiła mnie dopiero lektura rachunku...

Tableau! Uczucie bycia oblanym wrzątkiem było naprawdę dojmujące.

Pominę tu może szczegóły awantury, jaką urządziła mi Lidka, zresztą, już napomykałem o tym wyżej... Na szczęście, za rogiem znajdował się warsztat Pomocy drogowej, który za - jak mi to później uświadomiono - bardzo przystępną cenę zholował samochód, odessał trefne paliwo i odwiózł nas na powrót pod odpowiedni dystrybutor. Godzina w plecy, kilka stów w plecy ale przynajmniej nie zarżnąłem silnika. Byłoby gorzej i drożej, ale sami Państwo rozumiecie, że po takim początku wyprawy dalej może być tylko lepiej... Ech...

Personel ratunkowy starał się udzielić również pomocy psychologicznej. Na początek, uświadomił że to nic osobliwego: "Panie, takie rzeczy to mamy co drugi dzień", "zwłaszcza zawodowi kierowcy się mylą, ci, co się stale przesiadają ze służbowego w prywatny, a jeden na diesla, drugi benzyniak", po historię rodem z miejskiego horroru: "prawdziwe jaja to były, jak kiedyś na tej stacji pomylili cysterny i przeszło trzydzieści samochodów się tak omyłkowo zatankowało, zanim ktoś się połapał. Od tej pory mamy tę elektryczną pompkę, wie Pan". Pomogło mi to średnio, bo właściwie od zawsze jak nalewałem, to nalewałem diesla i tylko diesla.

Zmotoryzowany Czytelniku: jeśli będziesz kiedyś w Żyrardowie na stacji Lotosu, pamiętaj: sprawdź 10 razy co nalewasz, bo oznaczenia na dystrybutorze są niejasne. Gdzie indziej też patrz, bo można się nieźle naciąć. A zatarty silnik to zedni legrace.

No, dopsz, opuściliśmy Żyrardów i poturlaliśmy się do Sandomierza, pierwszego planowanego przystanku. Zaczęło lać. Lało podczas rozbijania namiotu, komary cięły, słowem, ojczyzna żegnała nas najlepszym co miała. Rano okazało się, że namiot i samochód są bardzo dokładnie optane przez sraki, zatem doszło mycie wszystkiego z ptasich gówienek.

Skierowaliśmy się na Gorlice i na zapomniane przez ludzi i bogów przejście graniczne Konieczna. Tuż za Gorlicami kraj stał się bezludny i takim właściwie pozostał do Bardejova. Zbiór serpentyn i dziur udających drogę prowadził przez okolicę piękną i zamieszkaną chyba tylko przez aroganckie lisy, upierające się konsumować upolowanego ptaszka na środku tzw. drogi międzynarodowej. Jeśli kiedyś będzie trzeba szmuglować coś trefnego przez granicę, polecam. Żywej duszy.

Pierwszym większym miastem na Słowacji po drodze był Bardejov. UNESCO. Bardzo, bardzo ładny.


Na zdjęciu rynek, ratusz i kościół św. Wita w Bardejovie.

No, ale miasteczko zapewniało jedynie jeden hotel o przystępnej cenie, a myśmy liczyli raczej na campingi. Jak bardzo mylne były te rachuby, pokazało kilka następnych godzin, podczas których podążaliśmu w kierunku Koszyc, a mrok jak ma to w zwyczaju, zapadał. Campingu ni huhu, a napotykane motele licytowały się cenami za nocleg: 57 euro! 69 euro! Bez strzeżonego parkingu, a trzeba wiedzieć, że ta część Słowacji zamieszkana jest przez Cyganów, pardon, Romów.

Znów dygresja: ja naprawdę nie mam nic przeciwko Romom. Niczego złego mi nigdy nie uczynili. Ani kiedyś, ani podczas. W Olsztynie mieszkałem z Romami po sąsiedzku. Ale we łbie istnieje zakorzeniony stereotyp, który wspólnie ze zdrowym rozsądkiem ostrzega: unikaj okolic zamieszkanych przez margines społeczny. A Romowie na Słowacji stanowią właśnie ten margines, skądinąd znakomicie widoczny.

Zamieszkują obrzeża wsi i miasteczek. Albo dziko sklecone siedziby na zboczach gór, wyglądające jak plastry pszczelego miodu - dolepione do skały budki z dykty, obowiązkowo z ławeczką na przedzie, na której zasiada czarny jak Murzyn gospodarz, czasami hecnie utleniony na blond. Widzieliście film "Dystrykt 9"? To wiecie, o czym mówię. Ci ludzie nie są ani trochę groźni, nachalni ani nawet narzucający się widokiem. Są obojętni, samochód z obcą rejestracją nie wzbudza w nich zainteresowania. Są jednak egzotyczni, budzą niepokój, bowiem nie wiadomo, jak się zachować w stosunku do. Na naszej planecie tacy nie występują. To specyfika planety Słowacja. Budzą irracjonalną obawę, która nie ma pokrycia w faktach. Niemniej, zawsze ktoś może powiedzieć, że miałem szczęście. No i kij mu w oko. Baliśmy się ich, niepotrzebnie.

Nie przeszkodziło nam to zdecydować się na nocleg na parkingu przydrożnym. Tuż przed Koszycami, bo jechać nie było siły a zbójecka cena motelu odstraszała. Zacumowaliśmy na brzegu drogi za TIR-em, po chwili dojechał kolejny. Może niewygodnie, ale za to za zupełną darmochę dotrwaliśmy poranka, który wypłacił się nagrodą za ranne wstawanie z obolałymi bokami.


Na zdjęciu: autor na tle Spisskovo Hradu.

Na Spissky Hrad dotarliśmy o ósmej rano. Cisza, budzące się do życia prowincjonalne miasteczko i wspaniały widok. Zjedliśmy śniadanie i wspięliśmy się na wzgórze. O dziewiątej byliśmy jednymi z pierwszych zwiedzających, kiedy opuszczaliśmy zamek około południa, był tam zylion ludzi, gadających w kilku językach, przepychających się i słuchających automatycznych przewodników na cały regulator. Zamek jest naprawdę piękny i wart odwiedzenia, na nas jednak największe wrażenie wywarły susły.


Na zdjęciu: susełek z zamkowej łąki.

Mieliśmy sporo szczęścia, że je w ogóle zauważyliśmy. Przy zejściu do Zamku Dolnego są wprawdzie tablice informujące o kolonii rzadkiego susła, ale łatwo je zlekceważyć. No, ale kiedy w oko wpada naraz kilkadziesiąt zwierzaków pracowicie koszących trawę i znoszących je do norek, warto przystanąć nawet na pół godziny, by im się dokładnie przyjrzeć! Kładą się właśnie spać, sierpień to ostatni moment, by przyjrzeć się ich krzątaninie.

Po zwiedzeniu zamku było prawie z górki. Prawie, bo okazało się że nasza mapa myli się w wielu detalach. Skierowaliśmy się na Rożnavę, ale okazało się, że droga jest nie na umiejętności amatorów. Schwytany jako język tubylec w miejscowości Zahra nie potrafił nic poradzić, kilkadziesiąt kilometrów błądzenia pośród dzikich gór ostatecznie wyprowadziło nas przez Krompachy (mandat za prędkość na obszarze zabudowanym po negocjacjach =  20 euro) do wioski Margecany, gdzie kolejny życzliwy autochton skutecznie odradził nam kontynuowanie trasy na Rożnavę: "Piękna droga... Ale na motor, ne na auto, nebezpeczno". Skoro nebezpeczno, no to cóż, widzieliśmy po drodze to i owo. Zawróciliśmy na drogę D1. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że droga D1 jest drogą klasy drogi z Koniecznej, no, może trochę lepsza. Ale na pewno identycznie źle oznakowana. Spychani na pobocze przez rozpędzone TIR-y, dla których ograniczenia prędkości są zapewne ograniczeniami obywatelskiej wolności, dotarliśmy do Krasnej Horky. Gdzie był camping, zamek i lokalna baza wypadowa. Do jaskiń, z których pierwszą była Ochtińska Jaskinia Aragonitowa.


Są trzy jaskinie aragonitowe na świecie: jedna w Niemczech, jedna w Meksyku i jedna na Słowacji. Zwiedzaliśmy ją wraz z rozpływającą się w zachwytach wycieczką amerykańskich studentów geologii. Bo też było nad czym się rozpływać, nacieki w tej jaskini mają niezwykłą formę. Przypominają pająki, porosty, rośliny, wszystko tylko nie klasyczne nacieki wapienne.

Zwiedzanie nie trwa długo - godzinę, a za robienie zdjęć łupieżcy życzą sobie 10 euro i tego bardzo pilnują. Niemniej, warto i był to jedyny i ostatni przypadek że zapłaciłem za fotografowanie. Węgrzy nie mają takich złych obyczajów, ale o tym później.


Tak wygląda aragonit . Tego jest tam więcej, o wiele więcej. Cdn.






piątek, 10 września 2010
O sensie wakacji

Wakacje to fajna rzecz. Mało brakowało, aby ich w tym roku nie było, z różnych zresztą przyczyn.  Jednak udało się je zrobić, było miło, odwiedziliśmy Słowację i Węgry. Każda rzecz przynosi otóż plon. Plon wycieczki na Węgry wygląda właśnie tak:

Jednocześnie, ta notka służy jako test sposobu wstawiania zdjęć na bloxa, ich formatowania i takich tam. Człowiek całe życie się uczy.

środa, 08 września 2010
Grzejnik

Tragedia w czterech aktach.

Osoby dramatu:

ONA, około 40 lat, raczej szczupła, ubrana po domowemu, nieporządnie;
ON, także około 40 lat, trochę niechlujny, broda, okulary, zgarbiony. Pali papierosy podczas dialogów, nerwowo porusza rękami;
HYDRAULIK, około 35 lat, w kombinezonie koloru chirurgicznej zieleni;
ADMINISTRATORKA BUDYNKU, niewidoczna, jako głos w telefonie. Ma głos kobiety 60 letniej;
SPEC OD CO, niewidoczny. Również tylko jako głos w telefonie. Zdecydowany, przepalony sznapsbaryton;
HALABARDNIK, w typowym kostiumie halabardnika. Wchodzi, wychodzi i nie zabiera głosu. Trzyma halabardę;
KOTY, co najmniej trzy (o ile zgodzą się statystować).

AKT 1

Scena przedstawia niewielki pokój, urządzony w proste meble. Centralne miejsce zajmuje biurko, przy którym znajduje się komputer. ONA i ON wpatrują się w ekran

ONA: Jeśli mamy zacząć ten remont, musimy od czegoś zacząć.
ON: No.
ONA: Zobacz, tu są fajne grzejniki. pokazuje coś na ekranie Przecież najpierw trzeba zrobić to, no wiesz, zanim nie przyjdzie ten, no, sezon - srezon. No, kiedy nie ma wody w rurach. Popatrz na ten, ładny?
ON: Poka. Ładny. Mmm, nooo...
ONA: Podoba ci się?
ON: Tak.
ONA: A może ten? wskazuje coś innego na ekranie
ON: Nie, ten... Eee... Jakiś taki...
ONA: No bo?
ON: Czy ja wiem. Podłączenie, o, to mnie martwi.z ożywieniem O! Zobacz, ma tylko od dołu. Nie da się. Musi być boczne.
ONA: Aha.
ON: Bardzo mało jest z tym bocznym.
ONA: No kurwa. A weź zmierz, jaki jest rozstaw w tym, co jest.
ON: wychodzi, po chwili wraca
ON: 50 centymetrów, no chyba dobrze zmierzyłem.
ONA: Patrz, mają takie. I robią na wymiar, bierzemy?
ON: No, mmm... Eee... No, bierzmy, eee... No, ten mi się podoba, hmm...
ONA:tonem nie znającym sprzeciwu No, kurwa! Czy ty chociaż raz nie mógłbyś podjąć decyzji?! Czy ja zawsze mam decydować o wszystkim w tym domu? Czy ty chociaż raz zadecydowałeś o czymś ważnym? Nie, zawsze ja, zawsze! Kto tu jest chłopem, ja się pytam?
ON: milczy, zakłopotany
ONA: To kupujemy, czy nie?
ON: Kupujemy, bardzo ładny. Kupujemy.


AKT 2

To samo miejsce, ON stoi z telefonem w ręku. Dzwoni.
ON: Dzień dobry, tu Iksiński z eee, ulicy Postępowej sześć...

ON: Tak, taaak...
ON: No, mam taką sprawę. Chciałbym, widzi pani, wymienić grzejnik w łazience.
ADMINISTRATORKA: No, ostatnia chwila. Kiedy?
ON: Jakoś tak na początku września. Widzi pani...
ADMINISTRATORKA: sarkastycznie Później takich rzeczy to robić pan nie może?
ON: Jest, zdaje się, yyy, dziewiąta trzydzieści... Ach, chodzi pani o datę. Nie, nie teraz, pod koniec sierpnia, mam już umówionego hydraulika, zatem...
ADMINISTRATORKA: Jak się tylko skończy sierpień, to my zaczynamy nalewać wodę do instalacji.
ON: No i? Jest wciąż, o ile wiem, dopiero koniec lipca...
ADMINISTRATORKA: No, to przede wszystkim, powinno przejść przez drogę służbową! Musi być zgoda wspólnoty, rozumie pan. Ja muszę wysłać pismo do Energii,to kosztuje, ale... Pan mówi, że kiedy?
ON: Tak w najbliższy weekend. Widzi Pani, producent grzejników... Eee... Zawala termin. Bo myśmy kupili już dawno, ale nie przysyłali. I teraz nie wiemy sami kiedy przyślą, więc, czy dałoby radę...
ADMINISTRATORKA: No, jest taka sprawa... W ten czwartek będziemy wymieniać odpowietrzniki na czwartym piętrze, wodę do tego trzeba spuścić, więc... To by się nawet jakoś składało. Nie trzeba by nic załatwiać, pan po prostu by sobie to zrobił i już.
ON: O rany, rewelacja, świetnie! To, ee, mówi pani, że dałoby radę to jakoś połączyć?
ADMINISTRATORKA: No właśnie. Ja nie piszę, a da radę, ja tu panu dam numer do pana Speca od CO, to sobie panowie już ustalą.
ON: Fantastycznie. Już notuję. ...eeęć. Dziękuję bardzo!
ADMINISTRATORKA: Proszę. Do widzenia.

AKT 3

ON: telefonuje, głos SPECA OD CO słychać z offu
ON: Dzień dobry, moje nazwisko Iksiński, mieszkam przy Postępowej sześć. Mam taką sprawę, otóż będziecie Panowie wymieniać u nas odpowietrzniki w instalacji. No, a ja akurat mam taką potrzebę, że skorzystałbym z okazji i grzejnik sobie wymienił.
SPEC OD CO: A! No! Wiem, Postępowa, wiem. Nie ma sprawy. Mówi pan, że kiedy?
ON: No cholera, weekend, bo miałem mieć sprzęt w czwartek, robi się z tego piątek - sobota, a i to nie na pewno. To długa historia. Panowie mieli wodę wpuszczać o ile wiem, w czwartek? A nie dałoby radę w poniedziałek?
SPEC OD CO: No pewnie, nam to wszystko jedno. Pan się tylko w środę może przypomni, a może my zamontujemy?
ON: Mamy już fachowca, dziękuję, ale gdyby nie mógł, kto wie.
SPEC OD CO: Bo wie pan, mnie to wszystko jedno, moożemy nalać w poniedziałek.
ON: Poniedziałek byłby idealny.
SPEC OD CO: Pasuje panu? To nie ma sprawy.
ON: Ja jeszcze zadzwonię, wie pan, upewnić się, ale to fajnie się składa.
SPEC OD CO: Dobra, bo pan wie, mnie wszystko jedno ale.
ON: Okej, to jesteśmy umówieni, bardzo panu dziękuję!
KOTY: Patrzą się
HALABARDNIK Wchodzi na scenę, rozgląda się na boki, po czym wzrusza ramionami, poprawia halabardę i wychodzi

AKT 4

Scena przedstawia łazienkę: kafelki na ścianach, z niewidocznej rury leje się woda zabarwiona na czarno. W ciasnym wnętrzu kłębią się HYDRAULIK, ON i ONA.

HYDRAULIK: Kurwa mać! Przepraszam...
ON: Nie ma sprawy, słyszeliśmy to setki razy...
ONA: Ale co teraz?
HYDRAULIK: Zamrożenie puściło. O żesz by to...
ON: Żeby cholera wzięła tego kutasa SPECA. Żeby cholera wzięła tę babę, no żesz...
ONA: Ty nie gadaj, ty trzymaj mocniej!
ON: Trzymając w garści wylot uciętej rury, Trzymam przecież!
HYDRAULIK: Tylko jeszcze chwilkę, zaraz dokręcę zawór. Siłuje się z zaworem trzymanym w rękach Kurrwa...
ONA: No, ale jak można było wierzyć, tej administratorce, że naprawdę zakręcą...
ON: Plując przez zęby czymś czarnym Załatwiałem sprawę miesiąc...
HYDRAULIK: Niech pan tu przytrzyma, bo będzie źle!
ON: No przecież staram się trzymać!
ONA: Ale mnie ręce mdleją już z tym wiadrem!
ON: Zaraz zamienimy, wytrzymaj!
HYDRAULIK: Mam, już zakładam.
ONA: Mogę ten nabój zabrać?
ON: Wylewaj, zaraz będzie potrzebne puste wiadro pewnie...
HYDRAULIK: Czy mają państwo może więcej jakichś szmat do wytarcia podłogi?
ON: Nie, kurwa, chyba w kinie...
ONA: Nie mamy.
HYDRAULIK: Technika XXI wieku. No, puszcza, wystarczy zacząć gwintować, trochę ciepła od tarcia, a to puszcza. I się leje.
KOTY: Patrzą się
ON: I co dalej? Jakby przestało.
HYDRAULIK: No, zrobimy.
ON: Może lepiej było tego wszystkiego nie ruszać.
ONA: Może...

KURTYNA

poniedziałek, 06 września 2010

Decyzję o pisaniu bloga podejmowałem długo. Głównie z powodu wątpliwości co do potrzeby posiadania takowego. Nieczęsto doznaję potrzeby obszerniejszej wypowiedzi. Jednak im dłużej przebywam w ciasnej przestrzeni blipa, tym bardziej owa przestrzeń staje się ciaśniejsza.
Nie chcę określać tematyki. Będzie tu wszystko to, o czym zachce mi się pomędrkować czy ponarzekać. Na pewno o tzw. rzeczywistości, pracy, polityce, ale też o kotach i innych przyjemnych stronach życia.
Każdy z czytelników będzie mógł komentować sobie moje notki jak zechce, o ile zechce. Nudziarze i trolle będą dostawać kopa, uprzedzam. Okropnie nie lubię użerać się z prymitywami.
No dobrze, to wstęp już mamy. Pokażemy, zobaczymy czy wszystko ładnie działa i pomyślimy nad czymś epokowym, co mam do przekazania. Nie, wróć, prawd objawionych niech nikt się tu nie spodziewa. Ten blog ma być o tym co widzę przez to, co mam na nosie.